„Arši Bitė“ to fragment powieści „Robczik“, który jest w trakcie tworzenia. Bardzo zależy mi na Twojej opinii, więc wyraź ją na Facebooku lub Instagramie.

Powieść jest napisana miejską gwarą wileńską, którą współcześnie posługuje się młodzież mieszkająca w Wilnie i okolicach. Historia jest przekazana w formie pamiętnika wileńskiego maturzysty Darka Borejko i przedstawia jego interakcję z ekscentrycznym dilerem Robczikiem.

Gwara wileńska jest częścią tożsamości współczesnej młodzieży wileńskiej. Utwór stanowi nie tylko wileńską historię, lecz jest również materiałem do dyskusji społecznej na temat rozwoju języka, rzeczywistości i tożsamości młodzieży polskiej na Litwie.

Znaki diakrytyczne à, ì, è, ò, ù lub ỳ wskazują akcent (który często występuje na końcu wyrazu).


Słuchaj Audio Pobierz: Pdf ePub Mobi

Rozdział III: Arši bitė


Jeżeli u Mickiewicza było dafiga bab, to tylko dlatego, że on miał dafiga baszek. Ja wątpie, że za wierszyki jemu ktokolwiek płacił. On musiał gdzieś na normalnej robocie pracować. Taksistem pracować nie mógł. W tamte czasy maszyn nie było, oni na koniach jeździli.

Ja tak siedział w samym centrum starówki Wilna, koło pomnika Mickiewicza, i fantazował skąd nakałdawàć baszki. Jak ludzi stają się bogate i znane. Nie wiem, czy Mickiewicz był bogaty, ale znany to był na pewno. Inaczej, chulisz jemu pomnik kto postawiłby?

Co by ja albo Robczik musieliby zrobić takiego w życiu, żeby nam kto pomnik postawił? Za sprzedawanie narkaty wriatli kto Robcziku postawiłby pomnik...

— Priviet. — do mnie podeszła Beatka.

— Priviet!

— A co to u ciebie? — ona patrzyła na moją podrapaną brodę.

Karočie, trolejbus wysoki był, tak ja wyskoczył z niego i grochnuł się ob asfalt.

— Nu wo, pod nogi mama nie uczyła patrzeć? — uśmiechnęła się.

— Aj, karočie.. a gdzie Andżełka?

— A gdzie Robczik?

— Tak, ja żesz nie jego mama — mówia.

— Tak, a płotas u niego będzie?

— Nu wiesz jak to z Robczikiem, w ostatni moment będzie jasno.

My poszli koło rzeki, obok dailioški. Na brzegu było dafiga ludzi, oni buchali piwo, rysowali rysunki, grali na gitarach i śpiewali piosenki. Na starówce ja zawsze czuł się jak za granicą, bo u nas na rajonie to ludzie tylko buchali.

— Może i dobrze, że nie ma Andżełki, a to ona mnie ostatnio gruzit pra swoich rodziców, po prostu uszy więdną, — Beatka wybrała swój piwasik.

— Nu da, a czyje rodzice nie gruziat, — mówia.

Beatka łyknęła piwko. Popatrzyła na mnie z ułybonem.

— Kto u ciebie bardziej czioknuty? Mama czy tata? — zapytała.

— Cziuju, tata. A u ciebie?

— Mamusia, — odpowiedziała z poważną miną.

Ja lekko uśmiechnął się i łyknął piwa.

My tak gadali pra byle co. Mnie nawet nie ważne pra co, mnie prosto było przyjemnie z nią rozmawiać.

Do mnie na telefon znowu zadzwoniła mama.

— Alio?

— Dareczek, priwiecik, ja zapomniała tobie zadzwonić. Ty obiad jadł, który ja tobie zostawiła?

— Jadł, wsio narmalna. Paka.

— Nu co ty „paka“ od razu, ja tylko co zadzwoniła. A gdzie ty jest? Czemu ty nie w domu?

Ja trochę odszedł dalej, żeby przed Beatką nie pazoritsa.

— Nu mama, ja cały dzień w domu uczył się, chcem z kolegami trochę pobyć na mieście.

— Dareczek, ty żesz nam obiecał, że do egzaminów żadnych tusowek.

— Nu ja na trocha, ja żesz nie tusujam się. Karočie, mama, dawaj jutro porozmawiamy.

— Nu dobra, nie siedź tam na ulicy na kamieniu, a to zimno wieczorem i przestudzisz plecy. Do jutra. Buśki.

— Paka.

— Dareczek, a ty pojad kumpiaka z wioski, co ja zostawiła w lodówce?

— Paka, mama!

Ja patrzę to na rzekę, to na małalietek, które objęwszy się szeptali sobie coś na ucho, to na Beatki, to na butelkę. Nie wiedział na czym skoncentrować się.

Ni gruziś, Dareczek... — powiedziała z ułybonem Beatka.

Ja lekko uśmiechnął się.

Ona już prawie pół butelki wypiła.

Ja załpem wycisnął połowa butelki piwa, że aż mnie troszkę ścisnęło. Gdzie Robczik, gdzie wsie?

My siedzieli i milczeli. Mnie dobrze z nią milczeć. Beatka fajna. Ja jej czuję. Ona taka ładna, u niej różne pierścionki, kolczyki, korza i pachnie przyjemnie. Ona ciekawsza niż inne ciołki.

— Wiesz, Daron, ty fajny, ty ni taki jak wsie.

Mnie wstał i zaczęło bić się serce. Ja popatrzał na niej, ale po chwili spuścił głowa.

— Daron, nu co taki zapariny?

— Przestań, ja nie zapariny.

My patrzyli jeden na drugiego. Beatka patrząc na mnie uśmiechnęła się.

— Zamkni oczy, odkryj buzia, — powiedziała.

Ja tak i zrobił. Ja poczuł jak ona mnie wsunęła język i zaczęła całować w zasos. Mnie mocniej zaczęło bić serce. Wapszie tak zajebiś. Wtedy ona położyła ręka mnie na klin i druga ręka objęła za szyję. Jej ręka była trochę zimna, ale to pofik. Ja wziął jej to za talię, to tak troszkę za grudak, cipa tak lekko masaż robił. My językami kręcili slimaków. Zajebiś, bardzo przyjemnie.

Kiedy skończyli całować się, jakoś tak naturalnie stuknęli się butelkami.

Būk!

— Būk!

Beatka atchyliła się łokciami na trawie i popatrzyła na domki po drugiej stronie rzeki.

— Wiesz, ja by chciała mieszkać na starówce nad rzeczką, Ja by każdy dzień wychodziła na balkon, piłaby kawkę, zapaliłaby cyza i rysowałaby rysunki. Żyłaby sama, wychodzisz kiedy chcesz i radaki nie gruziat, że cipa za późno wracasz.

— I każdy dzień robiłaby płotasy, co? — uśmiecham się.

— Tak, kanieszna. Nie trzeba byłoby jechać do Robczika w Paszyły. — uśmiechnęła się.

Kstaci, a gdzie ten kadr?

Ja sprawdził telefon i tam był message od Robczika krc padwaliwajcie na płotas. ja na miasto nie przyda.

— Matajem stąd, zimno robi się.

My siądli na autobus koło Mickiewicza i pojechali na rajon. Po drodze przesiądli na trulik koło Spaudos Rūmai i pojechali w stronę Paszył do Robczika. Jak tylko my wyjechali ze starówki, na przystankach zaczęli pojawiać się rajonne ludzie. Trulik stawał się nieprzyjemny. Ludzie wsie zaparine, patrzą krzywo, czym to nie dawolne. My siądli na ostatnich siedzeniach. Ja tak patrzał na jejną szyję I nie chciało się patrzeć na trolejbus, bo tam byli bamżỳ, stariki i zaparine cziuwaki ze skorczonymi rożami. Mnie to wsio nie schodziło się. To coś nie tak.

Miałby taczka, tak by na maszynie jeździł jak pan. A teraz łachawozem jak łaszok jaki. Nu nic jescze ni długo zostało… Prawa zdam, jeździć umiem, chyba, że jaki mudàk z Regitry będzi sadzić. Zaszybiś byłoby teraz na jakiej bemce do Robczika jechać. Włączyłby Spotify, na prawym siedzeniu Beatka i jak narmalny pacàn byłby.

Koło Spaudos Rūmai kanieszna kantraliory wleźli. Wsie jeszcze bardziej pariliś. Ktoś tam nie ma pažymėjimas, ktoś ma niedobry bilet. Karoczie, gruz. Naokoło jakieś nie potrzebne napriagi. Tam koło wadziły jakiś ałkasz tusuitsa, ariot cała droga, matem kryje na głos.

— Dawaj, wyłazim teraz, zaidzim piwo kupim na binzakałonce, — mówia.

— Nu... dawaj...

Beatka wybrała cyzy. My poszli w stronę binzakałonki kupić piwa na płotas.

Idąc ja zaczął czuć taka ciemność, cziuju najgorszy moment dzisiejszego dnia, kiedy w głowie jakieś nieszczęścia zmieniają się jak kanały telewizora, że to babek ludzi nie dostają, że narkotyki, że užimtumasa nie ma. Trolejbusy zasrane, dziadzki szukają przebitych biletów na ziemi, żeby kantralior nie złapał. Czy to było choć raz, żeby ja jechał trolejbusem i jakimś starikom ni waniała? Czemu jak ze starówki na rejon przechodzisz od razu wsio inaczej? Cipa, że my w blokach mieszkamy? Wapszie, skąd te bloki wzięli sie? Kto za to atwicziajet? Czemu spalne rajony? Jak ludzie mogą spać, kiedy oni w takim gównie żyją? Czemu oni do bloków nas powsadzali, my co gorsze czy jak? Czemu nie dano nam żyć tak jak innym.

— Co? — powiedziała Beatka.

Ja nie poniał czy ja to sobie mowił czy na głos.

— Nie, nic, a co?

— Nie, zdawało się, że ty coś powiedział..

— Nie, tak ja nic nie mówił.

Ja tak szedł do binzakałonki i nie wtykaju czyim to głosem, ja te paszkudztwa myśla. Ja żesz tylko jedna buteleka wypił. Dziwnie jakoś czuć sie zaczął, jakby to co szybciej wsio naokoło działo się. Wsio, przestań myśleć, a to gdzieś za daleko poszli twoje myśli.

Wziął piwo i z Beatką poszli na przystanek.

Ona wyraźnie poczuła mój napriag. Za każym zaciągnięciem dymu myślała cipa „co jemu jest, czego on taki zapariny“. Wsio! Zakalibała. Ni parsia.

— Beatka, poczęstuj cygaretką.

— Tak, ty żesz ni palisz — to powiedziawszy nareszcie uśmiechnęła się i dopiero wtedy ja poczuł, że ja uspokoił się, że wsio ok.

— Nu ni pala, ale ja pacza ty tak ładnie zaciągasz, to mnie też zechciało się.

Beatka zaczęła kopać się w swojej sumce, ja tak zaczął paczeć na jej szyję, ona tak zajebìś wyglądała, tak kobieco.

— Ale u mnie miętowy...

Pofik...

Zaciągam redzik miętowy. „Red and White“, cipa polskie cyzy, bo białe i czerwone, ale jako że miętowe, to zielone, gliuk karoczie. Beatka popatrzyła na mnie uśmiechnięta.

— Nu jak smacznie?

— Smacznie. I śmiesznie. Śmieszne miętowe cyzy, od nich na duszy robi się zimniej, moje serce stanowi się zimne i ja zaczynam czuć dystans do otaczającej mnie realności...

— Oho, musi od poety Mickiewicza natchnienia dostał?

— Ja nie paet, ja razwlikajuś..

Beatka wzieła mnie pod ręka. My poszli dalej w stronę przystanku.

— E! — ktoś gwizdnął z tyłu, — cyza jest? — krzyknął dodając.

Ja odwaracam się, a tam karoczie jakiś łaszok w czarnej kurtce, charia czerwona, broda zadarszy do góry, cipa dziławoj, i patrzy prosto na nas. Ja, karoczie, popaczał tam jeszcze parę drużkow jego stało za pięć metrów. Beatka trzymała się za moje ramię i ja czuł się za niej odpowiedzialny. Ja odwrócił się, raczej my odwrócili się, nic nie mówiąc temu łaszku, wyraźnie pokazując, że ignoruję jego tępe pytanie, które dla mnie było zupełnie ni pa ciemie.

— E, ty łoch, cyza pytam jest? — dalej krzyczał.

Beatka trzymając się mojej ręki odwróciła się w stronę tych dzibiłów.

— Ty co bomż? Nie możesz sobie cyzy kupić? — krzyknęła tak dzikowato, że aż ja sam zaparił się.

Ja poczuł lekki napriag, cipa zacep udał się cziuwaku. Jaż dzisiej spokojnie na płotas ida, nie chem żadnych machanek. I wapszie, ja machanek za bardzo nie lubię. Nie dlatego, że boję się pizdỳ dostać, czy coś w tym rodzaju, ale dlatego, że bykowanie to nie moja ciema. Ja taki człowiek, który nie chce innym sprawiać boli i nieprzyjemności. Ja myśla, że między ludźmi powinno być radość i zrozumienie…

— A ciebie, dura, nikt nie pyta! — krzyknął łaszok.

Beatka pogubiła się i popatrzyła na mnie. Żeby nie pokazać się przed nią, że ja jaki kiłun albo trus, ja odpuścił jejna ręka. To było trochę trudno, bo ja musiał każdy jejny palec odrywać od mojej ręki jakby on był przyklejony superglue.

— Daron, nie trzeba!

Ja jej powiedział, żeby ona poczekała chwila i poszedł dalej. Ja, prawdę mówiąc, nawet nie wiedział czego ja tam idę, ale myślał, że po drodze wymyślę jakiś rozumny bazar, żeby ta sytuacja jakoś wyjaśnić. Cziuwak stał jak szkafczik z wytężoną charią. On patrzał na mnie nie mrugając. Ja powoli do niego zbliżał się, bez przyśpieszenia i zatrzymał się przed nim. Zanim przymyślał co powiedziec, jego drużok z boku wyskoczył i z nogi jebnął mnie prosto w dychła.

Ja schylił się, bo mnie było ciężko oddychać. Póki ja ocziuchał się i zrozumiał o co chodzi, do nas podeszła Beatka i coś wybrała ze swojej sumki.

— Masz tobie kazioł srany! — krzyknęła i zaczęła pszykać gazem we wszystkie strony gdzie stali te dzibiły.

Oni troszkę rozbiegli się, zaczęli kaszleć, ale ten ich gławny wrócił i chciał uderzyć Beatki. Wtedy ja rieska wstał i z całej siły s nagi podkosił jego w kolano. On zaczął coś machać ręcami, i wtedy ja jemu z kułaka jobnuł prosto w ryła. On odskoczył do tyłu i chwycił się za rylnik swoimi czerwonymi ręcami. Wtedy on nachylił głowa tak, że ja jobnuł ostatnia banka z nagi w morda i łaszok updadł na ziemię.

Urod! — mówia.

Jego drużkì nie raczyli do mnie leźć — to mnie zdziwiło, ale też i ucieszyło, tak co ja nie próbował wgłębiać się w inchnia urłaganska psychika. Machanka była tak krótka, że Beatka nawet nie zdążyła poruszyć się ze swojego miejsca i arać cipa „nie trzeba“ albo „przestańcie“.

— Paszli stąd prędzej, — mówia Beatce, póki te urliki nie zmienili zdania.

Beatka mnie wzięła pod ręka i przyśpieszyła kroku. Wtedy mnie już było na wsio pofik, bo ja jeszcze nie acziuchałsie od adrenalinu i skoncentrowania się na machance. Beatka co pięć sekund odwracała się to nazat, to na mnie i na podstawie jej, ja wiedział czy łaszki idą za nami czy nie. My przeszli dwie astanowki. Akurat podjechał trulik.

— Dawaj siądzim, podjedzim parę przystanków.

My akurat byli na Poliklinice, bo Cziobiszkio przystanek my przeszli pieszkom. Ja szybko przeskanował czy w truliku nie ma łaszkow i po tym jak my wsiądli na ostatnim siedzeniu, ja ostatecznie uspokoił się i popatrzał na Beatki. Ona była troszkę wystraszona, ale po chwili uśmiechnęła się.

Ona popatrzyła na mnie tak jakby pytając czy mnie wsio ok i ja zaczął śmiać się, bo czuł adrenalin i wapszie prikoł. Z jednej strony śmiesznie, z drugiej zajebiś. Odpizdził tego urlika i śmiesznie było to, że Beatka nosi z sumce gazawyj bałonczik. Ja by nigdy nie pomyślał, że ona taka arši bitė.

— Skąd u ciebie gazawyj bałonczik? — pytam.

— Tata mnie kupił, — odpowidziała i położyła głowę mnie na ramię.


KONIEC ROZDZIAŁU.


Jeżeli chcesz otrzymać nowe darmowe fragmenty Robczika lub zniżki na książkę, wpisz swojego emaila:


Podoba Ci się „Robczik”?

Byłbym bardzo wdzięczny za share / like na Facebooku lub Instagramie.

Dzięki! 🙏


Inne fragmenty
Strona główna